Polnische Impressionen - Winhund Welt

Artykuł autorstawa Wolfganga Regar ukazał się w "Der Windhund Freund" oryginalny tytuł "Polnische Impressionen" St.Huberts-Coursing in Swierklaniec (PL)
Tłumaczenie Ryszard Piechocki

 

Impresje z Polski
Coursing św.Huberta w Świerklańcu (PL)

 

Już od wielu lat chciałem koniecznie pojechać do Polski, żeby sobie obejrzeć "Coursing św.Huberta". Niestety zawsze coś stało na przeszkodzie - sprawy zawodowe, osobiste albo brak czasu. Lecz w tym roku udało się dzięki internetowi i grupie dyskusyjnej charta polskiego. Marcin Horbatowski (hodowca z Polski charta polskiego) zorganizował dla mnie i mojej żony nocleg. Podał mi także numer telefonu do Oli, młodej polskiej studentki, studiującej i mieszkającej w Niemczech. Za to jestem mu do dnia dzisiejszego wdzięczny. Bo bez Oli ( która na szczęście mówi perfekcyjnie po niemiecku) chyba w ogóle byśmy nie znaleźli naszej kwatery na czas pobytu !

A wiec w czwartek 3 października wyjechaliśmy ze Szwajcarii w kierunku Polski, do której to zajechaliśmy 4 października.

 

Tylko przekroczyliśmy granicę, zadzwoniłem do Oli by jej powiedzieć, że już jesteśmy w Polsce. Przy tym doszło niestety do małego nieporozumienia a właściwie niedopatrzenia z mojej strony. Zapomnialem jej podać na którym przejściu przekroczylismy granice. I tak się porobiło, że Ola ze swoimi przyjaciółmi musiała na nas czekac kilka godzin. Jednocześnie też z tego powodu, że Świerklaniec, co prawda jest na mapie oznaczony, ale w praktyce w ogóle nie można go odnaleźć! Prawie godzinę jeździliśmy wokoło i z każdej strony Świerklańca. Było już prawie ciemno, lekko mżyło i ledwie można było rozpoznać drogę. Wreszcie, - co za cud - w ciemnościach pokazała się tablica z napisem Świerklaniec. Rozluźnieni, - ale też lekko podenerwowani - znaleźliśmy wreszcie park, w którym byliśmy umówieni z Olą. W chwili jak skręcaliśmy, jakiś czerwony samochód wyjeżdżał z parku i o mało, co w niego nie walnęliśmy. Wyskoczyłem z toczącego się samochodu złapałem komórkę żeby zadzwonić do Oli, jak z tamtego samochodu, który właśnie się zatrzymał wysiadła młoda kobieta i mnie zapytała < dzwonisz właśnie do mnie?>. Ale mi ulżyło!

Ola i jej przyjaciele poprowadzili nas jeszcze przez ciemny las, jakąś usianą dziurami drogą do naszej kwatery. Jak wszystko sobie wyjaśniliśmy, to Ola dała nam jeszcze kartkę, na której opisała drogę powrotna do parku. Z powątpiewającą miną ( czy my na pewno drogę odnajdziemy) pożegnaliśmy się.

Następnego dnia rano pogoda zlitowała się nad nami i wyjrzało słońce. Nasze wątpliwości z wczorajszego popołudnia były nieuzasadnione. W biały dzień dało się wszystko bez problemu odnaleźć.

Na miejscu obecni już byli właściciele chartów polskich ze swoimi podopiecznymi. Miejsce coursingu było jeszcze wykańczane, wiec mieliśmy możliwość zwiedzenia przepięknego parku. Były stoiska, takie jak u nas na jarmarkach. Obok takich ze słodyczami (waflami) porozstawiano grila na grilu. Wiedziałem przecież, że w Polsce jada się chętnie i dużo mięsa. Widok, który się tutaj przedstawiał był wprost nieprawdopodobny! Na grilach (nie takich jak u nas małe ogrodowe, ale takie metr na dwa) nie leżało kilka szaszłyków, kiełbasek, itp., - ale one były nimi obłożone! Jeden rzut oka i ślina sama leciała. A widok nie mylił. Wszystko było tak dobre jak wyglądało! Mogę to potwierdzić, nie omieszkałem zjeść jednego takiego olbrzymiego szaszłyka. I to wszystko za śmieszna cenę, po przeliczeniu całe 3 franki szwajcarskie.!

Po powrocie na teren coursingu mogłem wreszcie porozmawiać z Marcinem, który stał obok, przebrany w czerwony carski płaszcz. I nie tylko on , ale także inni uczestnicy nałożyli swoje kostiumy.

Przez pewien czas nie było wiadomo, kiedy wszystko się zacznie. Ale ostatecznie pochód uczestników ze swoimi chartami doszedł do skutku. Następnie byli jeźdźcy na koniach ( niestety bez kostiumów).

Coursing powinien właściwie rozpocząc się o godzinie 12, trochę się jednak opóźnił (dokładnie z jakiego powodu, nie mogę powiedzieć). W każdym razie nikt się nie denerwował a nastrój był swobodny i rodzinny. Wszyscy żywo ze soba rozmawiali i tak czas zleciał

Śmieszne było, jak próbowano najpierw rozłożyć zajaca przy pomocy motocykla, co się nieudało (brak ćwiczeń?). Z koniecznosci zdecydowano na rozłożenie przynety na piechotę. To także zrobiono bezstresowo. W ogóle to cały coursing był nacechowany całkowicie swobodną atmosferą.
Nie było tu miejsca na zawiść, fałszywe ambicje czy niesmak. Chyba niektórzy z Zachodu mogliby się tutaj czegoś nauczyć...

W trakcie coursingu była przerwa na bigos ( bez wcześniejszej zapowiedzi). Bigos to tradycyjny polski posiłek myśliwski z gotowanej kiszonej kapusty, wymieszanej z tyloma o ile to możliwe różnymi kawałkami mięsa i kiełbasy. Z koloru przypominało mi to gulasz segedyński. Własnie prowadziła jakaś właścicielka swoje greyhoundy na start, jak starter zajaca razem z sedzią po prostu podreptali w kierunku jedzenia. O dziwo i w tym przypadku nikt się nie zdenerwował. Ostatecznie wszyscy zgłodnieli i zmarźli przez stale wiejący zimny wiatr. Porcje jedzenia wypadły wspaniałomyślnie i nikt nie pozostał głodny. Co nie zostało zjedzone przypadło chartom.


 

Podczas tego jak stałem z moja porcją i rozmawiałem z jakąś hodowczynią zbliżył się do nas sędzia coursingu, przyjemny starszy pan i przywitał się ze mna. Wyjaśnił mi razem z hodowczynią, która jednoczesnie służyła za tlumacza, bardzo dokładnie regulamin coursingu i na co on szczególnie zwraca uwagę. Dało się zauważyć, że on był dumny z "jego" polskich chartów. Musze przyznać, prawie tak jakby poruszony, że on mnie oficjalnie powitał i zdał sobie trud by mi wszystko tak dokładnie wyjaśnić.
W trakcie jego wyjasnień rzuciły mi się w oczy szczególnie dwie rzeczy. Na jego specjalne życzenie na parkurze postawiono hak na 180 stopni! Było jasne, że wtym miejscu charty zgubia zająca. I taki był dokładnie zamysł sędziego.


On chciał sprawdzić, czy charty w tym miejscu zgubią pogoń albo na nową ją podejmą. Druga rzecz, która najpierw mnie zdziwiła, było wspomnienie o dwóch sztucznych przeszkodach. Oprócz drzew, przez które coursing cześciowo przebiegał, mimo najlepszych chęci nie widziałem żadnych przeszkód. Po dlaszej obserwacji, odkryłem na końcu terenu rów. Ale nic poza tym.

Wtedy sędzia pokazał mi drzewko w donnicy, które dodatkowo obwiązano białymi taśmami z plastiku. Ponieważ stało ono praktycznie na starcie, miałem je praktycznie przed oczami. Nie byłem jednak tego świadomy i traktowalem to jak dekorację. Jednak na tej włsnie dekoracji sedzia chciał sprawdzić odwagę polskiego charta. Ponieważ chodziło o sztuczny obiekt z powiewającymi na wietrze taśmami to samo z siebie mogło to być coś ,czego charty mogły się bać. Podczas tego objasniania musiał mi się jednak wymknąc mały uśmieszek.

Odnośnie poszczególnych biegów mogę tylko powiedziec, że ze względu na mały teren, tym dużym chartom właściwie trudno było utrzymać się w zakrecie. Kolejno charty traciły zajaca i niejeden z nich w trakcie odnajdywania zająca miał jeszcze czas na "oznaczenie drzewa". Gwizdami i nawoływaniami włascicieli charty były jednak sprowadzane na włściwy trop. Także tutaj dalo się zauważyć, ze cała impreza nie była widziana w sposób zgryźliwy. Tylko takie rzeczy sprawiły,że ten coursing był dla mnie wyjątkowy. Czasami zabawny, czasami ekscytujący, ale zawsze wspaniale relksujący. Przyjechalismy, ażeby być wśród swoich ,spędzić wspanialy dzien razem, dyskutować i widzieć biegającego polskiego charta.
Tak też w atmosferze uśmiechów przebiegło na zakończenie rozdanie nagród. Na wszystkich pucharach napisano <1 miejsce>! W ten to sposób nikt nie musiał wracać do domu jako pokonany. Jak sadzę, calkiem dowcipny pomysł.

Pod wieczór, kilka godzin po coursingu świętowano, o czym mogę zaświadczyć. Ponieważ byliśmy wszyscy zakwaterowni w domkach na kempingu, to tam właśnie odbyło się party. Grilowano, jedzono, ogladano zdjecia, dyskutowano a póxniej i śpiewano, muzykowano, tańczono i oczywiście także piło się.....

Zrobiło się późno ( albo lepiej wczesnie rano) zanim wszyscy pokładli się w łózkach, po długim towarzyskim dniu.

Poznalismy i docenilismy wielu ludzi, pozyskalismy nowych przyjaciół i spedziliśmy wspaniały weekend w Polsce.
W tym duchu: Do widzenia w Polsce

Tekst i zdjecia: W.Regar

PS: jeszcze jedno, jak widziałem, to żadny polski chart nie bał się tego "plastikowego drzewka"

 

OkladkaMarcin Horbatowski - Hodowla Arcturus. Bez jego pomocy i działań przed imprezą, prawdopodobnie w ogóle byśmy do Polski nie przyjechaliPrzed Coursingiem przeszedł pochód wszystkich uczestniczących chartów polskichOla - pewnie bez niej w ogóle byśmy naszej kwatery nie znaleźliCały czas wspaniały widok: Chart Polski i przebrani w kostiumy właścicieleNo i się zaczeło - niektórych chartów nie można było utrzymaćDwa polskie charty składaja się w zakręcie